Rozmowa z Krzysztofem Puternickim

Restauracja Numero Uno przy ul. Bohaterów Getta Warszawskiego, godzina przed otwarciem.
Z Krzysztofem – podróżnikiem afrykanistą, twórcą programu telewizyjnego Polskie ślady – udaje nam się spotkać w ciągu krótkiej przerwy pomiędzy jego wyjazdami. O tym, jak napięty to dla niego czas, przypomina dźwięk przychodzących na komórkę powiadomień. Z głośników słychać hip-hopowe kawałki, przez okna widzimy kolorowe graffiti Wrzeszcz Pointz, czyli garażowych galerii, których jednym z pomysłodawców był Krzysztof.

Wrzeszczy: Skąd wziął się pomysł na format programu Polskie ślady, w którym przemierzasz Europę i Afrykę, po drodze spotykając się z rodakami i obcokrajowcami, związanymi z Polską?

Krzysztof Puternicki: Pomysł wziął się z moich doświadczeń podróżniczych, z tego, że gdziekolwiek bym nie był, zawsze napotykałem na jakieś odniesienie do Polski i polskości. I zawsze mnie to strasznie interesowało, z dala od martyrologii i tym podobnych wątków – czym tak naprawdę jest polskość i jak ludzie postrzegają swój kraj, nie będąc już wewnątrz. Jednocześnie myślałem o temacie, którym byłbym w stanie zainteresować telewizję publiczną jako emitenta. Zacząłem rozmawiać z Markiem Osiecimskim, moim kolegą ze szkolnej ławy, który pracował dla TVN. I tam poszliśmy na początku, ale TVN stawia na swoje 3 osobowości podrożnicze i nie był zainteresowany nowym contentem, mimo że koncepcja Polskich śladów bardzo się spodobała. Dalej poszliśmy do TVP i to okazało się strzałem w dziesiątkę. Zaproszono nas od razu na rozmowę z kimś z góry. Dział Publicystyki, to specjaliści, którzy w swoim fachu pracują od wielu lat i z którymi znaleźliśmy porozumienie.

Krzysztof Puternicki, fot. Marcin Hanke

Twoja podróż rozpoczyna się na przylądku Nordkapp, a kończy w Afryce, czyli miejscu, które jest ci szczególnie bliskie. Jak do tego doszło?

KP: W połowie lat 90-tych pojechałem do Afryki z rodzicami. To było niesamowite – dziecko z Wrzeszcza trafia do równikowej Afryki, która 25 lat temu wyglądała zupełnie inaczej niż teraz. Przez te lata przemysł turystyczny bardzo się rozbudował. Wtedy były co prawda hotele – głównie dla przyjeżdżających tam od lat Brytyjczyków i Niemców, ale nie było takiego przemysłu, jaki jest teraz. Naprawdę zaznałem wtedy bajki. Od dziecka wychowywałem się wśród atlasów i albumów ze zwierzętami, ojciec kupował mi je na wszystkie możliwe okazje. Uwielbiałem to. 

W niedzielę dzieci czekały na Teleranek, a ja czekałem na 14:00 czy będzie coś nowego z Davidem Attenborough. Czytałem też książki. Cesarza Kapuścińskiego przeczytałem jak miałem 13 lat, a to dość ciężka lektura. Te rzeczy pobudziły moją wyobraźnię, ewidentnie osadziły się we mnie i wykreowały to, kim jestem i co robię dzisiaj.

W połowie lat 90-tych pojechałem do Afryki z rodzicami. To było niesamowite – dziecko z Wrzeszcza trafia do równikowej Afryki, która 25 lat temu wyglądała zupełnie inaczej niż teraz.

Zdradź trochę więcej szczegółów związanych z wyprawą – ile osób ci towarzyszy, jak wiedzie trasa?

KP: Liczba osób uzależniona jest od prezentowanej problematyki i warunków – jeżeli są ciężkie, to potrzebny jest np. dodatkowy oświetleniowiec. A tak to reżyser, producent… razem 6 osób. Ruszyliśmy z Nordkappu, przez Europę Wschodnią, Bałkany, potem wzdłuż linii Morza Śródziemnego, do Gibraltaru. Ten odcinek trasy zrobiliśmy na raz, trwało to ponad 2,5 miesiąca. Wyjechałem na początku października, ekipa dołączyła później, już na północy i też nie byliśmy cały czas razem. W Afryce już w ogóle sporo będziemy osobno. Będę jechał sam przez Afrykę, a reszta będzie dolatywać do 5 lokalizacji, w których nagramy 8 odcinków.

Ekipa programu Polskie Ślady wraz z bohaterką odcinka, fot. Marcin Hanke

Jaki moment do tej pory najbardziej utkwił ci w pamięci?

KP: Przekraczanie granicy białoruskiej – rozebrali nam samochód do zera, 4 razy musieliśmy wszystko wykładać i wkładać, a sprzętu było ponad pół tony w 2 samochodach.

Jak wyglądał dobór bohaterów do programu?

KP: Z researchem pomogła mi koleżanka, ale ja dokonałem wyboru miejsc i bohaterów. Teraz poszukiwania robi się bardzo łatwo, nie tylko w Europie, w Afryce też. Jest Facebook, w każdym kraju masz grupę, albo jakiegoś Polaka, który mieszka gdzieś na miejscu. Przez internet bardzo łatwo nawiązać kontakty.

Ciekawi nas, co zadecydowało, że konkretni bohaterowie znaleźli się w programie? Czemu np. bohaterem 1 odcinka spośród wszystkich polskich pracowników w Norwegii został akurat pan Adam?

KP: Filtrując otrzymane informacje, usłyszałem o człowieku, który jest lokalnym bohaterem w miejscowości wysuniętej najdalej na północ Norwegii. Rozmawiałem tam z 10 osobami, wszystkie dokładnie tak samo mówiły na temat pana Adama – że bez niego mieliby o wiele ciężej. Ciekawy motyw powtarza się w wielu historiach, z różnych miejsc. Moi rozmówcy podkreślają, że Polak za granicą musi się starać o wiele bardziej, ale jak już udowodni, że coś potrafi, to jest uwielbiany. W swoim miasteczku pan Adam jest wręcz czczony.

Krzysztof Puternicki razem z panem Adamem w pierwszym odcinku Polskich Śladów, fot. Marcin Hanke

Podoba nam się, że w programie – realizowanym przecież dla TVP, po której można by się spodziewać określonego zabarwienia w temacie polskości – znalazło się miejsce na różne punkty widzenia.

KP: O to chodziło. Wyznaczyliśmy sobie takie zadanie, aby przekazać odbiorcom pewne spojrzenie na to, jak człowiek powinien postępować w życiu, żeby było okej. Czyli na przykład pracować na rzecz społeczności, a nie jechać tylko po socjal.

Jak z podróżnika z pasji, stałeś się podróżnikiem realizującym program o dużym rozmachu – będącym relacją z 5-miesięcznej podróży, w której pokonasz 33 tysiące kilometrów, odwiedzając terytoria 38 państw? Jak wyglądała twoja droga?

KP: Droga to bardzo dobre słowo. Chciałem robić programy, ale nie miałem na to pieniędzy. Wiedziałem, że im więcej osób będę w stanie przyciągnąć i skierować ich oczy na siebie, tym większe szanse na pozyskanie środków – bardzo prosta zasada. Ale nie chciałem iść w kierunku promowania siebie, tylko promowania projektu. Wtedy łatwiej iść do firm i walczyć. Pozyskiwanie kasy jest najtrudniejszą rzeczą w tym sporcie. Ciężko dopchać się, nawet jak masz kontakty, bo bardzo często ktoś cię przyjmuje, ale tylko kurtuazyjnie, ze względu na to, że komuś obiecał. Zdarzają się różne sytuacje. Byłem na spotkaniu z szefową sponsoringu jednej z największych firm w Polsce. Opowiadam, że mamy program, przedstawiam koncepcję, ile planujemy odcinków, a ona na to: „Pan myśli, że mi ktoś płaci, jak jadę na wakacje samochodem?” I takie strzały w mordę można dostać.

Moi rozmówcy podkreślają, że Polak za granicą musi się starać o wiele bardziej, ale jak już udowodni, że coś potrafi, to jest uwielbiany.

Jak długo trwało pozyskiwanie środków?

KP: Półtora roku. Sponsorów nie udało się znaleźć zbyt wielu, ale udało się pozyskać partnerów, którzy wsparli mnie sprzętowo. A to bardzo istotny element. Dostałem samochód, sprzęt, praktycznie nieograniczony, ciuchy, komputer. Z GoPro 7 kamer z całym osprzętem, przy czym osprzęt był wart więcej niż kamery.

Krzysztof Puternicki, fot. Marcin Hanke

Czy w ciągu tego półtora roku starań nie nadszedł moment zwątpienia?

KP: Nie, no co wy. Jeżeli w coś wierzysz mocno… to nawet jeśli po roku ci się nie chce, a masz z tyłu głowy, ile czasu zostało, to działasz siłą rozpędu. Ale tak, wiele jest takich momentów, że człowiek by to wszystko trzasnął. Tym bardziej jak się trafia na ludzi, którzy cię nie rozumieją. Najmądrzej i najbardziej odpowiedzialnie będzie jak powiem, że to są te momenty, kiedy trafiasz na ludzi, którzy mają inne bieguny. W sferze ich pasji pozostają inne rzeczy, albo w ogóle nie mają pasji i nie rozumieją twojej do końca.

Obudzić się w miejscu, gdzie jesteś kompletnie sam, wiedząc, że w odległości 100-200 km nie ma żywej duszy, to jest fajne. Cisza. Cisza i hałas – wszystko jest fajne w podróży.

Co w takich długich podróżach przynosi najwięcej satysfakcji?

KP: Excitement podróżniczy. Przygoda. To, że nie wiesz, co cię czeka, czy się sprawdzisz. Dlatego wyjeżdżam do Afryki, bo tam można tego zaznać najbardziej. Że nie wiesz, co cię czeka w następnej wiosce, czy jest blokada, czy jest wojsko, które cię nie przepuści, czy ktoś będzie chciał cię obrabować, czy cokolwiek innego. To są fajne rzeczy. Aczkolwiek podkreślam, że w Afryce zawsze więcej można spotkać ludzi dobrych – i to o wiele lepszych niż tutaj – niż ludzi złych. Złych ludzi zazwyczaj spotyka się w miastach, tam gdzie coca cola przyjechała dawno temu. No i natura, przyroda, to też jest dla mnie bardzo istotne. Obudzić się w miejscu, gdzie jesteś kompletnie sam, wiedząc, że w odległości 100-200 km nie ma żywej duszy, to jest fajne. Cisza. Cisza i hałas – wszystko jest fajne w podróży.

Krzysztof Puternicki, fot. Marcin Hanke

A co jest dla ciebie najbardziej uciążliwe w czasie długich wyjazdów?

KP: Tęsknota za bliskimi. To jest taka rzecz, która rozwala najbardziej. Mam 2 synów. Najdłużej nie było mnie ponad 5 miesięcy, Antek miał wtedy 5 lat, to jest dużo w życiu dziecka. Ale zawsze mam łączność. Afryka ma taką świetną sprawę, jeżeli chodzi o komunikację, że dobrze działa tam telefonia komórkowa, zupełnie nieobciążona pobieraniem danych.

Bohaterowie programu wspominają, że nadal czują silne związki z Polską, jako miejscem urodzenia, czy wychowania. A czy w tobie w czasie podróży ujawniają się jakieś związki z Gdańskiem, Wrzeszczem?

KP: No jasne. My żyjemy na innej planecie. O każdym miejscu można pewnie powiedzieć, że jest inne, ale Wrzeszcz to już naprawdę… Rozmawiałem kiedyś z Michałem Blautem [radnym dzielnicy, aktywistą – przypis red.] czym jest Wrzeszcz, na czym polega jego przyciąganie. Doszliśmy do wniosku, że wszystko ma swoją historię. Trzeba by się cofnąć daleko, żeby zrozumieć, dlaczego ludzie zbudowali takie, a nie inne budynki, dlaczego tak została zaprojektowana architektura, bo to są elementy powodujące, że ludzie tutaj napływają i chcą tu być. Ludzie o prawdopodobnie zbliżonej wrażliwości. Trudno mi się o tym rozmawia, bo mam też świadomość, że to nie jest do końca polskie, tylko mocno wielokulturowe, hanzeatyckie miasto. Tu jest więcej świata niż tych typowo polskich tradycji… Zawsze tak było, za komuny, gdy granice były pozamykane, Gdańsk był oknem na świat, co spowodowało, że w mieście zamieszkała masa ciekawych ludzi. To też decyduje o tym, że Wrzeszcz jest specjalny i to jest moje okno na świat w dalszym ciągu, tylko że warunki się zmieniły i już nie jedzie się nad morze, żeby uciec, tylko wystarczy pojechać na lotnisko i stamtąd dokądkolwiek.

Jak wracam, to często pierwsze, co robię, jak już się z wszystkimi przywitam, to idę sam na spacer po Wrzeszczu. Autentycznie, idę się przywitać z dzielnią.

Do czego we Wrzeszczu najbardziej lubisz wracać?

KP: Jak wracam, to często pierwsze, co robię, jak już się z wszystkimi przywitam, to idę sam na spacer po Wrzeszczu. Autentycznie, idę się przywitać z dzielnią. Na Wajdeloty, gdzieś do parku. Uwielbiam chodzić ul. Matejki, to jedna z moich ulubionych ulic, jak jest wiosna, ciepły wieczór i drzewa kwitną, jak jest mało samochodów. Bardzo często chodzę sobie zajarać na ławeczkę, która jest przy starej „Bajce”.

Porównując Wrzeszcz dawny i dzisiejszy – jakie zmiany najbardziej cię uderzają?

KP: Dostrzegam, że coraz więcej ludzi wybiera Wrzeszcz w sposób świadomy, a nie przypadkowy. To jest moim zdaniem najważniejsze, bo to ludzie tworzą miejsce, a nie na odwrót. Chociaż wiadomo, że w miejscach jest pewna energia. Znam bardzo dużo ludzi, którzy długo szukali mieszkania we Wrzeszczu, bo zależało im, żeby znaleźć się właśnie w takim anturażu i z poczuciem, że podobni ludzie mieszkają dookoła.

Krzysztof Puternicki, fot. Marcin Hanke

Odnośnie energii miejsc – bardzo konkretną energią wibruje Wrzeszcz Pointz. Jak doszło do przekształcenia zwykłych blaszanych garaży, w galerię kultowych już murali?

KP: To była bardzo spontaniczna akcja, z Kearem [Przemkiem Szymańskim – przyp. redakcji] siedliśmy i stwierdziliśmy, że trzeba zrobić coś na Bohaterów Getta Warszawskiego, żeby było weselej, ciekawiej, i żeby móc wykorzystać swoje wcześniejsze życiowe doświadczenia, bo obaj mieliśmy różne przelotki artystyczne. Poza tym muzyka, cała kultura hip hopu, wszystkie elementy z nim związane, w tym chcieliśmy się poruszać. I stąd idea, żeby zrobić Wrzeszcz Pointz. Z właścicielami garaży dogadywaliśmy się indywidualnie, nieraz bywało ciężko. Do jednego małżeństwa podchodziłem przez wiele tygodni, żeby zgodziło się na prowadzenie działań artystycznych w ich garażu. Na początku słyszałem tylko „nie”, był kompletny brak zaufania i obawy przed zniszczeniem. Udało się jak obiecałem, że wszystko im odmalujemy, niezależnie, czy cokolwiek będzie uszkodzone czy nie.

No i się zdziwili pozytywnie, bo na zakończenie akcji garaż został przez nas odmalowany i posprzątany tak, że było ładniej niż wcześniej. Z planów na przyszłość – chcemy, żeby na tarasie Wrzeszcz Pointz odbywały się koncerty. Mamy gotowy projekt, ale nie było czasu, aby z nim ruszyć. Ale wystartuje w tym roku, jesteśmy dogadani z Radiem Gdańsk, żeby zrobić z koncertów transmisję live. O reszcie pomysłów trzeba rozmawiać z Przemkiem, on jest w to dużo bardziej zaangażowany niż ja.

Z jeszcze jednym miejscem we Wrzeszczu jesteś związany szczególnie – chodzi o rodzinną restaurację Numero Uno.

KP: Teraz prowadzi ją głównie moja siostra, półtora roku temu umówiliśmy się, że ona przejmie stery. Mnie tutaj nie ma, albo jestem z doskoku. To jest miejsce, które niezależnie, czy w takiej czy w innej formie, będzie tutaj zawsze. Ale nie powiem, żeby ta ulica była najlepszym miejscem na prowadzenie gastronomii. Ulica jest jednokierunkowa, dochodzi do tego jeszcze kilka czynników. Liczyłem, że obok, w Stacji Deluxe trochę się zmieni i będzie bardziej tak, jak kiedyś, jak przed 10 laty – a były tu takie imprezy, że ludzie wystawali na ulicę. Pamiętam słynny Lany Poniedziałek, wtedy było zajęte półtora pasa, bo ludzie się nie mieścili. Kuba Wojewódzki przyjeżdżał do Stacji realizować swoje programy, reprezentacja Polski z Lewandowskim nagrywała tu reklamówkę, kręcony był serial tvn-owski. To było modne miejsce, miejsce, w którym fajnie było być. Z dobrą muzyką i świetnym jedzeniem.

Wrzeszcz Pointz

Dostrzegam, że coraz więcej ludzi wybiera Wrzeszcz w sposób świadomy, a nie przypadkowy. To jest moim zdaniem najważniejsze, bo to ludzie tworzą miejsce, a nie na odwrót. Chociaż wiadomo, że w miejscach jest pewna energia.

W związku z dyskusją, która ożyła kolejny raz, ciężko nie zapytać, jak zapatrujesz się na plany miasta, dotyczące poprowadzenia ul. Bohaterów Getta Warszawskiego linii tramwajowej?

KP: Zapatruję się na to w jeden sposób, uważam to za debilny pomysł. Głupi z tego powodu, że tramwaj zabije to miejsce i jego ducha. Gdyby jeszcze na ulicy miał był przystanek, o który mieszkańcy walczyli w pewnym momencie, może byłoby inaczej. Słyszymy od miasta, że tramwaj nie będzie jechał szybciej niż 20 km/h, będą wygłuszenia itd. ale ja wiem doskonale – bo sprawę bardzo dokładnie zbadaliśmy, spotykając się z wieloma osobami, które znają temat od strony miasta, że chodzi tylko i wyłącznie o to, żeby poprzez wybór tej ulicy zwolnić wysiedlone, przeznaczone do rozbiórki kamienice przy ul. Do Studzienki. Ale o tym się nie mówi. A my już nawet wiemy, jaki deweloper się w ich miejscu osiedli. Taki, który niestety kiepsko buduje.

Na zakończenie powiedz, jakim twoim dalszym krokom kibicować?

KP: Zaraz jadę dalej przez Afrykę Zachodnią. Zawsze się trochę boję, teraz też, bo tylko człowiek głupi się nie boi, zwłaszcza, że czeka nas gigantyczne wyzwanie logistycznie. Chodzi nie o samą podróż, ale o organizację programu, nagrywanie zdjęć, wwożenie sprzętu nagrywającego – do każdego urządzenia jest masa dokumentów do wypełnienia, opłacenia itd. Potem jest montaż, produkcja, dźwięk, niesamowite przedsięwzięcie, przy którym codziennie pracuje wiele osób. Plus jest taki, że historii mamy nakręconych o wiele więcej i myślimy nad zrobieniem z nich filmu.