Rozmowa z Gosią Zamorską

Gosia Zamorska jest prezeską Fundacji Generacja oraz szefową Klubu Młodego Wrzeszczaka, inicjatorką Ogrodu Społecznego we Wrzeszczu, Kina Podwórkowego, Kina na Dywanie i wielu warsztatów kulturalno-społecznych, integrujących lokalną społeczność.

Wrzeszczy: Wymieniając wszystkie twoje funkcje i zadania, których się podejmujesz, mamy wrażenie, że wystarczyłoby ich dla kilku osób. Który obszar działalności jest dla ciebie najważniejszy?

Gosia Zamorska: Moim dzieckiem jest Fundacja Generacja. Przede wszystkim skupiam się na całokształcie jej działania, trzymam rękę na pulsie, żeby móc odpowiednio reagować na konkretne sytuacje i nadawać kierunek przyszłym działaniom. Natomiast jeśli chodzi o poświęcany czas, to najwięcej spędzam go w Klubie Młodego Wrzeszczaka. Przy czym nie mogę powiedzieć, że wszystko, co wymieniliście robię sama. Wielu rzeczy nie byłabym w stanie koordynować, gdyby nie mój mąż Witek, który bardzo pomaga mi w prowadzeniu fundacji. Dzięki temu działania klubu i fundacji mają charakter rodzinny, uzupełniamy się.

Skąd wziął się pomysł na Fundację?

GZ: Pomysł na Generację był naturalną konsekwencją moich wcześniejszych doświadczeń zawodowych. Właściwie przez całe życie pracowałam w organizacjach pozarządowych, długo byłam instruktorką w ZHP, pracowałam w różnych stowarzyszeniach, a potem trafiłam do Instytutu Sztuki Wyspa. We wszystkich tych miejscach wiele się nauczyłam i przez dłuższy czas kiełkował we mnie pomysł pracy na własne konto. Marzyłam, żeby zacząć robić rzeczy, które mnie interesują oraz aby z tej pasji uczynić jednocześnie pracę zarobkową.

Gosia Zamorska, fot. Ola Olejnik

A działalność na rzecz lokalnej społeczności? Jakie drogi cię do niej doprowadziły?

GZ: Początkiem było harcerstwo, które wpoiło mi społecznictwo. Tam poczułam, że warto robić coś dla ludzi oraz angażować ich do działania. Bardzo lubię ludzi i pracę z nimi. Myślę, że cały sukces Fundacji Generacja opiera się właśnie na relacjach międzyludzkich. Na tym, że my lubimy ludzi, oni zaczynają to czuć i chcą do nas przychodzić. Po pewnym czasie zyskujemy ich sympatię, oni wciągają swoich znajomych i tworzy się pewnego rodzaju kula śniegowa, która konsekwentnie rośnie.

Bardzo lubię ludzi i pracę z nimi. Myślę, że cały sukces Fundacji Generacja opiera się właśnie na relacjach międzyludzkich.

...

Skąd czerpiecie pomysły na działania podejmowane w Klubie i Fundacji?

GZ: Pomysły są nasze – składamy wnioski projektowe na to, co lubimy i potrafimy robić [Gosia m.in. pisze wiersze i haiku, pasja Witka to geocaching]. Ale jesteśmy też otwarci na ludzi, ich pomysły i potrzeby. W ten sposób możemy robić coś interesującego dla siebie, ale również dla szerszej społeczności.

Warsztaty w Klubie Młodego Wrzeszczaka, fot. Fundacja Generacja

Wasza oferta jest bardzo bogata, prowadzicie różne warsztaty rękodzieła, rodzicielskie, kreatywne. Jak bogactwo zainteresowań przekuć w realizację konkretnych projektów?

GZ: Trzeba się zastanowić, nie tylko nad tym, co by się chciało robić w ramach tego, co się lubi, ale też jak zaprezentować temat, żeby zainteresować ludzi. Potrzebne jest także myślenie projektowe, które wymaga konkretów podczas pisania wniosku: ilu będzie odbiorców, jakie terminy będą odpowiednie, w jakim wieku są osoby, do których kierujemy ofertę i najważniejsze: ile będzie to kosztowało.

A czy zdarzyło się wam zrobić projekt o zupełnie nowej dla was tematyce?

GZ: Tak, realizujemy takie projekty i wtedy polegamy na specjalistach. Kiedy widzimy, że ktoś jest dobry, to po prostu mu ufamy. Jednym z pierwszych tego typu projektów była joga twarzy. Przyszła osoba, która zaproponowała takie zajęcia, my zobaczyliśmy jak pracuje, stwierdziliśmy, że robi to świetnie i postanowiliśmy napisać wniosek.

Gosia Zamorska, fot. Ola Olejnik

Najpierw szukacie eksperta czy tematu?

GZ: I tak, i tak. 70% pomysłów wychodzi od nas, a 30% od ekspertów, którzy się do nas zgłaszają. Uwzględniamy aktualnie żywe tematy, to, na co jest zapotrzebowanie, jak w przypadku spotkań „Własnym głosem” – o autyzmie, o nietypowych ścieżkach rozwoju, zaburzeniach rozwojowych. Przyszła do nas pisarka Natalia Fiedorczuk i powiedziała, że chciałaby zrobić taki projekt. Jest to temat ważny i potrzebny, więc postanowiliśmy wspólnie go podjąć.

Co jest największym wyzwaniem w waszej działalności?

GZ: Istniejemy od 2013 roku i z perspektywy czasu uważam, że odnieśliśmy sukces. Doszliśmy do tego własnymi siłami i pomysłami, ale towarzyszy temu poczucie, że zrobiliśmy to ogromnym kosztem i pokonując wiele trudności. Trudna jest przede wszystkim nieprzewidywalność, często też niespójny system oceniania grantów. Mimo konsekwencji w pisaniu wniosków, w jednym roku grant otrzymujemy, a w kolejnym już nie. 

To potrafi podciąć skrzydła. Dlatego staramy się jak najwięcej analizować, co zrobiliśmy źle, co poprawić, zmienić, jak ulepszać nasze działania. Nagrodą jest ogromna satysfakcja, że robimy coś dla ludzi. Od czasu kiedy mamy klub, mamy poczucie zakotwiczenia w lokalnej społeczności. Czujemy, że nie jesteśmy instytucją, tylko wspólnotą, do której przychodzą inni ludzie.

Od czasu kiedy mamy klub, mamy poczucie zakotwiczenia w lokalnej społeczności. Czujemy, że nie jesteśmy instytucją, tylko wspólnotą, do której przychodzą inni ludzie.

...

Jacy są mieszkańcy Wrzeszcza? I jak reagują na wasze pomysły?

GZ: Ludzie tutaj są wspaniali. Bardzo mocno korzystamy z potencjału ludzkiego. Gdyby nie oni, klub nie funkcjonowałby tak, jak teraz. Mnóstwo osób przychodzi i prowadzi zajęcia wolontaryjnie: klub rodzica, korepetycje, raz w miesiącu wieczory różnorodności, podczas których imigranci czy obcokrajowcy opowiadają o swojej kulturze. Mamy w miesiącu co najmniej 6 spotkań prowadzonych przez mieszkańców Wrzeszcza, albo ludzi, którzy w jakiś sposób są z Wrzeszczem związani. W nasze działania włączają się radni dzielnicy, m.in. Ola Kulma, czy radni miejscy: Emilia Lodzińska, Krystian Kłos, ale również animatorzy lokalni z MOPR-u. Wspierają nas sąsiedzi, świetnym przykładem jest p. Andrzej Paradowski, który od samego początku, co tydzień daje nam bułki dla dzieciaków z Klubu. Albo Hania Barańska, która mieszka blisko, szyje przepiękne lalki i prowadzi zajęcia artystyczne, czy rodzina Krajewskich (Dzieciaki na walizkach), z którymi łączy nas zwykła sąsiedzka pomoc, ale też organizacja imprez. Mamy bardzo silną sieć powiązań, czujemy się tutaj zakorzenieni i wspierani. Nie wyobrażamy sobie działać gdzie indziej, niż we Wrzeszczu.

Kino podwórkowe, fot. Fundacja Generacja

A czy Wrzeszcz był świadomym, czy przypadkowym wyborem?

GZ: Urodziłam się we Wrzeszczu i tu spędziłam dzieciństwo. Potem wyprowadziłam się z Trójmiasta, a kiedy wróciłam, poczułam Wrzeszcz na nowo. Był dla mnie miejscem magicznym, przede wszystkim związanym z dzieciństwem. Po powrocie w 2009 r. wraz z przyjaciółką, w ramach Stowarzyszenia Pedagogów i Animatorów KLANZA, pracowałyśmy z dziećmi m.in. z ulicy Chrobrego. Wgryzłam się jeszcze bardziej w tę dzielnicę i zrozumiałam problemy lokalnych mieszkańców. Potem, po doświadczeniach w innych rejonach, stwierdziłam, że wracam tutaj i działam już dalej we Wrzeszczu.

Mamy bardzo silną sieć powiązań, czujemy się tutaj zakorzenieni i wspierani. Nie wyobrażamy sobie działać gdzie indziej, niż we Wrzeszczu.

...

Stąd pomysł na klub dla dzieci i rodziców?

GZ: Klub to nie jest nasz pomysł. Istniał od 2014 roku, stanowi kontynuację społecznej rewitalizacji, którą zapoczątkował Urząd Miasta wraz z MOPR-em. My przejęliśmy Klub w styczniu 2018 roku w wyniku konkursu, zorganizowanego przez miasto. Miasto przyznaje granty na funkcjonowanie Klubu, dzięki czemu środki mamy zapewnione do 2020 roku. Co będzie dalej? Mamy nadzieję, że środki na działania Klubu się znajdą i będzie nadal istniał.

Co najbardziej utrudnia prowadzenie Klubu i jakie wsparcie byłoby najbardziej przydatne?

GZ: Oczywiście przydałoby się nam dodatkowe wsparcie finansowe, z którego moglibyśmy zakupić chociażby takie rzeczy, jak projektor. Mamy na wyposażeniu Klubu jeden, ale zainstalowany na stałe, niebędący naszą własnością, przez co nie za bardzo możemy go wykorzystywać poza Klubem, chociażby podczas Kina Podwórkowego. Brakuje funduszy i wsparcia na rzeczy stałe: używamy własnego samochodu, robię zdjęcia prywatnym aparatem. Pracę wszystkim organizacjom pozarządowym ułatwiłoby również, gdyby warunki konkursów były bardziej przejrzyste. Często zdarza się, że bardzo podobne projekty uzyskują różny poziom finansowania, a nam pozostaje zastanawiać się dlaczego.

Gosia Zamorska odbierająca wyróżnienie dla Fundacji Generacja od prezydent Gdańska Aleksandry Dulkiewicz, fot. Biuro prasowe Miasta Gdańsk

W jednym z wywiadów powiedziałaś: Wrzeszcz szybko się zmienia, ale najczęściej jest to zmiana dla oka. Rewitalizowane są parki i skwery, pięknieją fasady domów, ale społecznie wciąż trzeba dużo zrobić. Wrzeszcz dzięki rewitalizacji odżył, nabrał rozpędu, ale też rozwarstwił się – nie ma tu międzypokoleniowej wymiany (…) To wypowiedź z 2017 r. – czy coś się od tego czasu zmieniło?

GZ: Nie chodziło tylko o międzypokoleniową wymianę, ale też taką między różnymi grupami społecznymi, które Wrzeszcz zamieszkują. Z jednej strony są rdzenni wrzeszczanie, którzy mają swój wewnętrzny, zamknięty świat i są trochę odseparowani od reszty. Nie uczestniczą w pełni w życiu dzielnicy, nie korzystają do końca z dobroci rewitalizacji. Oczywiście, poprawiła się infrastruktura, zewnętrzny wygląd ulic, ogólna estetyka dzielnicy, ale gdy się wejdzie na podwórka kamienic wciąż widać trochę inny świat. Widziałam to jako streetworkerka i widzę to nadal. Z drugiej strony są artyści, hipsterzy, nowo osiedleni wrzeszczanie, zamieszkujący chociażby Browar Gdański. Uważam, że brakuje projektów, które integrowałyby te dwa środowiska. My może nie mamy takich mocy i nie jesteśmy w stanie napisać tak wielkich projektów, żeby to jakoś zmienić, ale jest to na pewno nasze marzenie.

A czy w waszych projektach uczestniczą przedstawiciele obu tych grup?

GZ: Tak, przychodzą i mieszkańcy Browaru i ci starzy wrzeszczanie. Przyjeżdżają mieszkańcy innych dzielnic, tak więc wszyscy się mieszają, z czego bardzo się cieszę.

Niedawno przydarzyła się przykra sytuacja z dewastacją Ogrodu Społecznego, który prowadzicie i który w swojej idei miał właśnie łączyć mieszkańców. Jak takie sytuacje wpływają na was?

GZ: Oczywiście była to przykra sytuacja. Na początku nas to bardzo zniechęciło, ale potem okazało się, że wynikły z tego dobre rzeczy. Pojawiło się mnóstwo ludzi, żeby ten ogród posprzątać, powstały nowe pomysły na jego prowadzenie. Dużo osób się zaangażowało, tak więc już nie muszę się tak bardzo martwić o to miejsce.

Ogród Społeczny, fot. Fundacja Generacja

Co doradziłabyś osobom, które dopiero stawiają pierwsze kroki z podobną działalnością?

GZ: Często zapomina się, że organizacje pozarządowe i aktywizm społeczny tworzą ludzie. Działania opierają na relacjach, na zwykłej ludzkiej życzliwości. Zainteresowanie się czyimiś sprawami, proste pytanie „co u ciebie słychać?” buduje związki, które są nieodzowne w tego typu pracy. Te relacje potem procentują, bo prowadzą do tego, że ktoś wciągnie swoich znajomych do pomocy, przyjdzie na pierwsze zajęcia, potem zaprosi do uczestnictwa innych. To jest tak naprawdę esencja tej działalności.

Jakie są wasze plany na przyszłość? Co wam się marzy?

GZ: Chcielibyśmy, żeby Klub nadal tu był i się rozwijał, ale tak naprawdę nie wiemy, jakie będą zapatrywania miasta. Ponadto duże nadzieje wiążę z Gdańskim Programem Edukacji Kulturowej – czyli strategią, która ma ułatwić funkcjonowanie wszelkich instytucji związanych z kulturą. Spotykamy się co jakiś czas w większym gronie i analizujemy system działania kultury w Gdańsku. Z tą strategią wiążemy też naszą przyszłości i kształt Fundacji.

Jak poetycka strona twojej osobowości splata się z działalnością w dzielnicy?

GZ: Ta otwartość na kulturę, pisanie wierszy, czytanie książek są dla mnie bardzo ważne. Staram się to zaszczepić w Klubie i zawrzeć w projektach Generacji. Może nie jesteśmy postrzegani jako siewcy wysokiej kultury, ale też nie chcemy nimi specjalnie być. Naszą ambicją jest docierać i być blisko zwykłych ludzi, jednocześnie zachowując otwartość i poszerzając horyzonty.

Najbardziej jestem dumna z Klubu Młodego Wrzeszczaka, po prostu. Z tego, jak funkcjonuje i że jest taki otwarty na wszystkich ludzi. Może to bardzo osobiste, ale kocham Wrzeszcz!

...

Z czego jesteś najbardziej dumna?

GZ: Najbardziej jestem dumna z Klubu Młodego Wrzeszczaka, po prostu. Z tego, jak funkcjonuje i że jest taki otwarty na wszystkich ludzi. Może to bardzo osobiste, ale kocham Wrzeszcz! Dla mnie ta kamienica, w której się wychowywałam, ulica, Dolny Wrzeszcz, wszystko jest dla mnie magiczne. Bardzo się cieszę, że tu wróciłam, że mogę tu pracować i coś tworzyć. Chciałam podziękować ludziom, których tu spotkałam, za to, że mogę na nich polegać i z nimi pracować. Mam wrażenie, że przyjaźnie, które tu zawieram, są na całe życie.