Rozmowa z Katarzyną Bartoszewicz i Pauliną Leszczyńską, założycielkami Świetlicy collective space

Kamienica z początków XX w., przy Jaśkowej Dolinie, jednej z najpiękniejszych ulic Gdańska. Wrażenie robi niezwykła klatka schodowa. Wchodzimy do mieszkania, zaaranżowanego na potrzeby coworkingu, studia fotograficznego i sali warsztatowej. Od progu witają nas piękne kolory i niebanalne dodatki. W wystroju nie ma przypadkowości, ani też designerskiego usztywnienia. Jest przyjaźnie, energetycznie i pomysłowo. Tak samo można by określić nasze rozmówczynie – Kasię i Paulinę, założycielki pracowni coworkingowej Świetlica collective space. Architektka i fotografka, postanowiły stworzyć miejsce dla freelancerów z różnych branż.

Skąd wziął się pomysł na Świetlicę?

Kasia (K.): Świetlica narodziła się z potrzeby wyjścia do ludzi ze swoją pracą. Obie jako freelancerki pracowałyśmy głównie w domu i doszłyśmy do momentu, gdy nie chciałyśmy tak dłużej. Ja zdecydowałam się poszukać studia, w którym mogłabym robić rzeczy manualne, bo takie mam potrzeby.

Paulina (P.): Mnie bardzo brakowało ludzi, nie tylko od strony biznesowej, ale też zwykłego kontaktu – żeby można było pójść rano do kuchni, wypić z kimś kawę, pogadać, a nie spędzać dziesięć godzin dziennie samej przy komputerze. Opowiedziałam o swoich przemyśleniach naszej wspólnej koleżance Ani, która skojarzyła, że Kasia ma zbieżne do moich odczucia. Nie znałyśmy się wcześniej, połączyła nas koncepcja.

Dlaczego zamiast dołączyć do istniejących przestrzeni coworkingowych, zdecydowałyście się otworzyć swoją?

K.: Nie znalazłyśmy tego, czego szukałyśmy. Potrzebujemy miejsca otwartego na ludzi i przyjaznego. Aby móc prowadzić warsztaty kreatywne potrzebowałam przestrzeni, do której ludzie będą przychodzić i podejmować wspólne działania. Chodziło o miejsce skupiające ludzi wokół pomysłów, projektów i idei, otwarte na środowisko, w którym jest i z którego wynika.

P.: Gdyby to miało funkcjonować bezosobowo, tak jak opisała Kasia, to dla mnie nie ma większej różnicy, pomiędzy coworkiem a pracą w domu. Zanim podjęłyśmy współpracę, bezskutecznie próbowałam znaleźć odpowiednią przestrzeń coworkingową. Jako fotografka chciałam przebywać w miejscu, w którym spotyka się ludzi, mogących dodatkowo stymulować do pracy. Zależało mi też, żeby panował w nim luz, zamiast klimatu typowo biurowego.

Kiedy w Waszych wspólnych planach pojawił się Wrzeszcz?

P.: Od razu. Przez moment rozważyłyśmy też Morenę, ale kiedy już rozpoczęłyśmy poszukiwania lokalu, wiedziałyśmy, że to musi być Wrzeszcz. Skoro nasz wybór padł na kamienicę, nawet nie brałyśmy pod uwagę innych dzielnic. Gdy Kasia znalazła to miejsce, zadzwoniła do mnie z pytaniem: „Czy możesz przyjechać, bo to chyba to?”

Paulina Leszczyńska, fot. K. Bartoszewicz

K.: Przyciągnęła nas architektura Wrzeszcza, klimat mieszczańskich willi i kamienic, różny od tego na Głównym Mieście. Wrzeszcz jest młody i życie w nim jest bardziej lokalne, intensywne, panuje klimat pewnego twórczego fermentu. Na Głównym wszystko ma bardziej turystyczny charakter. A tu czuć, że mieszkańcy są związani ze swoim obszarem. Pod tym względem w innych dzielnicach jest zdecydowanie inaczej. Może to przestrzeń Wrzeszcza tak działa? Po wojnie zostało tu dużo tkanki oryginalnej i utrzymała się energia wynikająca z dobrego projektowania.

Chodziło o miejsce skupiające ludzi wokół pomysłów, projektów i idei, otwarte na środowisko, w którym jest i z którego wynika.

P.: Wyobrażałyśmy sobie, że i my, i nasza społeczność będziemy się tu dobrze czuć, nawet w kontekście wyjścia po pracy. Jest gdzie pójść na dobre jedzenie czy na koncert, gdzie wypić kawę. Latem, jak robiłyśmy remont, to tu, w parkach, na ul. Bohaterów Getta Warszawskiego, co chwila coś się działo.

K.: W Gdańsku Głównym i w Gdyni też mamy sporo wydarzeń, ale we Wrzeszczu wyczuwam klimat prawdziwego miasta, w którym ludzie mogą realizować wszystkie potrzeby. Mieszkam na Przymorzu i chwalę je sobie z wielu praktycznych względów, ale ponieważ zostało zaprojektowane jako sypialnia, ludzie w taki sposób tę dzielnicę odczuwają i traktują.

Katarzyna Bartoszewicz, fot. P. Leszczyńska

P.: Podczas zwiedzania większych miast pojawia się zawsze taki moment, gdy chce się dotrzeć do punktu, w którym można podejrzeć, jak żyją i mieszkają lokalsi, gdzie wychodzą po pracy. Wrzeszcz jest dla mnie takim miejscem.

A jak powstawała Świetlica?

P.: Zaczęłyśmy spokojnie – spotkania, burza mózgów – ale jak już znalazłyśmy ten lokal i wiedziałyśmy, że trzeba zacząć remont, to nie pozostało na to wiele czasu.

K.: Najpierw określałyśmy, gdzie są nasze punkty styczne, jak czujemy to miejsce. Ja z racji wykształcenia byłam bardziej zaangażowana w fazę projektową i wykonawczą, ale wszystko ustalałyśmy razem na bieżąco. Kiedy już zaczęłyśmy lokal wynajmować, nie mogłyśmy sobie pozwolić na wstrzymywanie się z projektem, a projekt mógł powstać dopiero, gdy wiedziałyśmy, że chcemy to właśnie miejsce.

Wrzeszcz jest młody i życie w nim jest bardziej lokalne, intensywne, panuje klimat pewnego twórczego fermentu.

Czym się inspirowałyście?

P.: Jeśli chodzi o kolory i ogólny klimat, inspiracją było kino Wesa Andersona. Do minimum ograniczyłyśmy Ikeę, wolałyśmy poszukać mebli na jarmarkach, na OLX, wprowadzić polski design i zyskać ciekawy, eklektyczny charakter. Starałyśmy się nawiązać do art déco i estetyki początku poprzedniego stulecia np. okrągłymi lustrami czy wystrojem przedpokoju.

K.: Meble, wśród których udało nam się znaleźć sztandarowe egzemplarze lat 60-tych i 70-tych, pochodzą z drugiej ręki, bo bliska jest nam idea designu z odzysku. Próbowałyśmy uzyskać klimat mieszczaństwa, nie wydając ciężkich pieniędzy u znanych projektantów, tylko pokazać, że mając pomysł, samemu można zdziałać coś fajnego.

Wszystko to musiało kosztować sporo fizycznej pracy.

K.: Wiele rzeczy zrobiłyśmy własnymi rękami, siedząc tu od rana do wieczora. Remont zaczął się pod koniec czerwca, a trzeciego września otwierałyśmy. Taki był plan i nie wiem, jakim cudem go wykonałyśmy. Ekipa remontowa zakończyła prace dwa tygodnie przed otwarciem, nie realizując 40% z tego, co zostało ustalone, więc wtedy siedziałyśmy w Świetlicy bez przerwy.

Warsztaty w Świetlicy, fot. P. Leszczyńska

Kto Was odwiedza? I jak wyglądają Wasze relacje sąsiedzkie?

P.: Poza fotografami, którzy przyjeżdżają do pracowni specjalnie na sesje, większość odwiedzających pochodzi z Wrzeszcza albo okolicznych dzielnic. Wszyscy chwalą tę lokalizację i chyba czują się tu domowo, bo przy wejściu chcą zdejmować buty.

K.: Z sąsiedztwem bezpośrednim łączą nas minirelacje, znają nas okoliczni sprzedawcy, pani z piekarni czy kawiarni Kromka. Do Ziemi chodzimy na aftery po wydarzeniach. Dookoła jest bardzo dużo możliwości, dobra energia, by rozpocząć wspólne akcje. Mamy na to wielką chęć. Ale do tej pory musiałyśmy skupić się na budowaniu tego, co wewnątrz, priorytetem było stworzenie fizycznej społeczności z siłą przyciągania, z którą możemy ruszyć do innych.

Jak to się stało, że zaczęli ściągać do Was ludzie? I jak byście ich opisały?

P.: Na początku to my szukałyśmy osób, które mogłyby poprowadzić u nas warsztaty, np. z kaligrafii czy litografii. A potem pojawiło się zainteresowanie opcją wynajmu biurka czy sali. Ale jeśli to ma być pod patronatem Świetlicy, to ważne, aby było spójne z naszą koncepcją i założeniami.

K.: My musiałyśmy wyjść do ludzi, żeby pokazać im naszą przestrzeń i włożyć w środek istotne dla nas wartości. Chcemy przyciągać osoby, które o współpracy myślą podobnie. I tak się dzieje. Przy czym zdarzają się osoby z zupełnie innych kręgów i to jest super – niezdrowo byłoby zamknąć się w hermetycznym środowisku. Kiedy organizowaliśmy networking kreatywnych freelancerów przyszli bardzo różni ludzie: specjalistka od edukacji w Afryce, właściciel sklepu z designem, rysowniczka, ale i prowadzący szkolenia dla firm IT, który też uważa się za osobę kreatywną.

Z czego jesteście najbardziej dumne?

K.: Z tego, jacy ludzie do nas dołączyli. Ze zrealizowanych warsztatów. Jakie oni robią projekty, z jakimi organizacjami, z jaką pasją! I są tu, we Wrzeszczu.

P.: Jesteśmy dumne nawet nie z tego, że Świetlica funkcjonuje, ale że tworzą ją tak wspaniali ludzie, z których każdy coś wnosi do naszej mikrospołeczności. Podrzucamy sobie pomysły, wspieramy umiejętnościami. Kasia miała mały problem w projekcie, dostała wskazówkę od Magdy biegłej w liternictwie. Zagrało i projekt ruszył. Ja nie czuję się dobrym retuszerem, a fotografka Aneta jest w tym świetna. Pomogła mi, dała rady na przyszłość.

Wnętrze Świetlicy, fot. P. Leszczyńska

Na jakie bariery napotykacie w swojej działalności?

K.: Jeśli chodzi o kwestie lokalizacji, to brak miejsca do parkowania. Ale to problem wszystkich śródmieść, nie tylko tego obszaru. Jak na to miejsce, i tak jest sporo możliwości.

P.: W szerszym kontekście obserwujemy potrzebę głębszego zrozumienia idei coworkingu. Tyle się o nim mówi, deweloperzy przewidują w biurowcach takie przestrzenie, a niewielu ludzi naprawdę wie, co to jest i jak działa. Były np. osoby reagujące na zasadzie: „Wszystko fajnie, ale który pokój możemy dla siebie wynająć?”

K.: To jest nowość, inny paradygmat – płacić za biurko do pracy, kiedy można przecież zostać w domu. Może to też kwestia nieustabilizowanej jeszcze ekonomii. Wyskoczyć z gotówki na coś takiego bywa pewnym luksusem, co powoduje, że na samym początku zdarzały się momenty niepewności związane z aspektami finansowymi Świetlicy. Teraz jest inaczej i mamy już chętnych na liście rezerwowej.

Chcemy, aby była centrum kreatywnym, nie samym studiem, albo tylko coworkiem. Chcemy zacząć z ludźmi oddziaływać na przestrzeń tak, żeby czuli wpływ na miejsce, w którym żyją.

Jakie są Wasze dalsze pomysły?

P.: Pomysłów mamy wręcz za dużo. Jeszcze przed założeniem Świetlicy, chciałyśmy realizować projekty zakładające wrzucenie do jednego pomieszczenia ludzi z różnych branż kreatywnych, po to, by coś razem stworzyli. Połączyć ich i zobaczyć, co z tej mieszanki wyjdzie.

K.: Mój wymarzony projekt, jeszcze bez ustrukturyzowanej formy, dotyczy badania wielokulturowej przestrzeni publicznej. Chodzi mi po głowie projekt związany z przestrzenią Wrzeszcza. Chcemy też dalej rozwijać ofertę warsztatów i zajęć otwartych. Chcemy rozbudowywać społeczność wokół Świetlicy i zachęcać ludzi do angażowania się w kreatywne działalności.

A jaka jest docelowa wizja działalności Świetlicy?

K.: Chcemy, aby była centrum kreatywnym, nie samym studiem, albo tylko coworkiem. Chcemy zacząć z ludźmi oddziaływać na przestrzeń tak, żeby czuli wpływ na miejsce, w którym żyją.

Jaką radę dałybyście osobom, które chcą zrealizować pomysł na własną działalność?

P.: Rada praktyczna w kontekście social mediów – zadbanie o stronę wizualną projektu. My już w trakcie remontu myślałyśmy o zawartości Facebooka i Instagrama, pokazywałyśmy różne zajawki. To, że przyszły określone osoby, było konsekwencją m.in. naszej identyfikacji wizualnej, oddającej klimat miejsca.

K.: Ludzie nie czytają dziś treści, ale to, co zobaczą wchodzi im do głowy bardzo głęboko, więc w dużej mierze strona wizualna może przesądzać o odbiorze i wartości oferty. Trzeba być jakimś.

P.: Poza tym niektórzy przez lata analizują wątpliwości w swojej głowie, zamiast po prostu przystąpić do działania. Nie trzeba wszystkiego wiedzieć. Można robić milion budżetów i tabelek, ale czasem więcej da, że pogadasz z ludźmi, potencjalnymi klientami, pójdziesz, otworzysz się.

K.: Trzeba mieć względnie ustabilizowaną wizję, ale też być świadomym, że nie wszystko da się przewidzieć i zaplanować. Najważniejsza rada: działaj! Trudności zawsze da się rozwiązać.